Omen - zza kulis
KLĄTWA TRZECH SZÓSTEK
O KULISACH REALIZACJI FILMU “OMEN”
“Zanim skończycie film, wszyscy uwierzycie w Szatana” – ta rzucona przy okazji towarzyskiej kolacji uwaga znajomego teologa w rozmowie z kierownikiem reklamy Robertem Mungerem, nawróconym katolikiem, okazała się niezwykle prorocza!
Na planie zdarzyło się bowiem wiele wypadków, w których można dopatrzyć się ingerencji sił nadprzyrodzonych, a które można wytłumaczyć dwojako.
Jeśli przyjąć za motto twierdzenie, że największym kłamstwem Szatana jest to, że... nie istnieje, film potwierdzający jego obecność byłby mu nie w smak i to, co zdarzyło się na planie filmu, można zinterpretować jako ostrzegawcze klapsy! Z drugiej strony tragiczne przypadki, o jakich będzie poniżej mowa, właściwie nie pozbawiły życia żadnego z członków ekipy, a tym samym nie opóźniły prac nad nim. Przy pewnej dozie wyobraźni możemy zaryzykować wizję Szatana, który zdaje się mówić “róbcie swoje, ale uważajcie, bo ja patrzę”. Interpretację opisanych poniżej wydarzeń pozostawiamy czytelnikowi.
Tak czy inaczej, sytuacje, o których mowa, są co najmniej dziwne! Do takich można zaliczyć przypadki uderzenia piorunów w samoloty, którymi kolejno podróżowali Gregory Peck (Robert Thorn), a później David Seltzer, scenarzysta filmu. Pechowe, bo w samoloty uderzył piorun, lub szczęśliwe, bo obyło się bez ofiar. Dwukrotnie też członkowie ekipy mogli stracić życie w zamachach bombowych zorganizowanych w Londynie przez IRA. Peck, jadający obiady w pewnej restauracji, akurat tego dnia, kiedy wybuchła w niej bomba, postanowił zjeść gdzie indziej niż zwykle. Inni członkowie ekipy byli w drodze do restauracji, która zaledwie paręnaście minut wcześniej wyleciała w powietrze.
Inna zastanawiająca sytuacja dotyczyła realizacji w Windsor Safari Park. Kręcono właśnie scenę ataku lwów (nie weszła do filmu), gdy jeden z pracowników zoo zostawił przez przypadek (?) otwarte drzwi. Lwy zagryzły go i pożarły, zanim ktokolwiek przyszedł mu z pomocą. John Richardson – spec od efektów specjalnych, który wymyślił scenę z odciętą głową dziennikarza – wracając z planu kręconego w Belgii filmu “O jeden most za daleko”, wraz ze swą śliczną dziewczyną uczestniczył w katastrofie samochodowej. John zderzył się czołowo z innym wozem i jego dziewczynie ucięło głowę. Gdy on sam odzyskał przytomność, zobaczył napis na drogowskazie: Licge 66,6 km!
Chyba najtragiczniejszy przypadek miał miejsce, gdy ekipa chciała wyczarterować samolot. Umówionego dnia władze lotnicze zaproponowały, że w zamian za zwolnienie miejsca w samolocie następnego dnia dostaną go w promocyjnej cenie. Richard Donner, który miał napięty budżet, zgodził się z radością. Tymczasem samolot, którym mieli lecieć, podczas wzbijania się w powietrze zderzył się ze stadem gęsi, spadł na pas startowy i przetoczył na ulicę, którą jechała samochodem... żona pilota z ich córeczką. Wszyscy zginęli na miejscu.
Podobnie jak popularności grobowca Tutenchamona posłużyła atmosfera klątwy rozpętana przez media, tak filmowi “przydały się” wszystkie te zastanawiające zbiegi okoliczności, które skwapliwie wykorzystano do promocji filmu. Klątwa “Omenu” faktycznie zadziałała i film o dziecku Szatana zrobiony za niecałe 3 miliony dolarów zarobił ich ponad 60!
Sukces filmu jeszcze raz potwierdził teorię, że nic tak nie ożywia wiary jak lekka doza bluźnierstwa. Tylko Liga Katolicka uznała film za bluźnierczy, bo głoszący narodziny Szatana. Mniej radykalnym katolikom oraz oficjalnym głowom Kościoła bardzo się podobał, a co ciekawe – odnotowano nawet kilka nawróceń. Co więcej w intencji Gregory Pecka i Lee Remick odmówiono nawet parę zdrowasiek.
Modlitwa przydałaby się na pewno Lee Remick, która o mało co nie przypłaciła realizacji “Omenu” rozstrojem nerwowym. Chodziło o pozornie łatwą scenę w Windsor Safari Park, w której samochód z nią i z dzieckiem w środku miało zaatakować stado pawianów. Od początku wszystko szło nie tak, jak zaplanowano. Małpy odmówiły współpracy, mimo tego że aby je zmotywować do ataku, do samochodu przywiązano banany. W końcu weterynarz poradził, by umieścić w samochodzie przewodnika stada, któremu miano przy okazji zszyć w ambulatorium ranę. Kiedy zwierzę zabrano do samochodu, pawiany dosłownie oszalały. Zaczęły z dziką furią atakować samochód, którego silnik zgasł, bo nienawykła do ręcznej skrzyni biegów Lee Remick nie umiała płynnie zmieniać biegów. W samochodzie rozpętało się piekło, bo do wściekle atakujących z zewnątrz małp dołączył przewodnik stada, który wybudził się z narkozy i z tylnego siedzenia auta zaczął ciągnąć za włosy aktorkę. Na domiar złego mały Harvey Stephens grający Damiena wpadł w panikę i uwieszony szyi filmowej mamy skutecznie uniemożliwiał jej manipulację przy stacyjce. Remick, sama będąc na skraju histerii, wrzeszcząc obłędnie ze strachu, jakimś cudem zdołała uruchomić samochód.
Dla Gregory Pecka “Omen” też nie był łatwym filmem. Po pierwsze dlatego że od sześciu lat nie stał przed kamerą. Po drugie – że wciąż nosząc żałobę po najstarszym synu, który rok wcześniej popełnił samobójstwo, miał zagrać w filmie, w którym według scenariusza zabija dziecko. Ten motyw finałowej sceny sprawił, że jej nakręcenie kosztowało go wiele napięcia, bał się też, że udział w czymś takim odbije się niekorzystnie na jego wizerunku. W rezultacie zrobiono ją tak, że aktor tylko zamierzył się na dziecko, nie zadając ciosu.
Wydaje się, że tylko mały Stephens, grający ostatniego członka filmowej rodziny Thornów, nie potrzebował wsparcia i nie miał żadnych zahamowań, jeśli chodzi o udział w “Omenie”. Blondwłosy i niebieskooki chłopczyk odbiegał wyglądem od Damiena, jakiego wymarzył sobie Donner. Za to jego charakter miał iście diabelskie cechy. Wyłoniono go w castingu, na którym najlepiej... zaatakował reżysera. Ten wprawdzie zażądał tego od małego, ale nie spodziewał się, że chłopczyk potraktuje to bardzo serio. Najpierw kopnął reżysera w... przyrodzenie, po czym zaczął go gryźć, kopać i okładać pięściami, nie bacząc na to, że ten woła “stop”! Kiedy Donner, nie bez wydatnej pomocy rodziców dziecka, uwolnił się w końcu od niego, był już pewien, że ma swego Damiena. Uroczo wyglądającemu blondynkowi trzeba było tylko zafarbować włosy czarną pastą do butów i zmienić kolor oczu na brązowy. Reżyser skwitował spotkanie z małym Stephensem tak: – Miły, ale nie chciałbym go za syna.
Zdawać by się mogło, że Szatan do dziś dnia nie zapomina o swej latorośli. Były aktor, dziś już człowiek około trzydziestki, który nie ma obecnie nic wspólnego z kinem (jest inwestorem budowlanym), ciągle natyka się w swym życiu na diabelską liczbę 666, czy to przy okazji płacenia rachunków w restauracji, czy przy kwotach za naprawy samochodowe. Nawet planowane narodziny jego córki miały wypaść szóstego czerwca, dokładnie wtedy, kiedy urodził się filmowy Damien. Stephens modlił się w duchu, by dziecko choć nie przyszło na świat o szóstej rano! Na szczęście dziewczynka opóźniła swe przybycie na świat o trzy tygodnie. Kolejną niezbyt miłą niespodziankę przeżył były aktor, gdy pewnego dnia otworzył drzwi nieznanemu mężczyźnie, dzierżącemu w ręku komplet sześciu noży, którymi filmowy Damien miał być zgładzony, proszącemu, by ten... złożył swój autograf na opakowaniu.
O KULISACH REALIZACJI FILMU “OMEN”
“Zanim skończycie film, wszyscy uwierzycie w Szatana” – ta rzucona przy okazji towarzyskiej kolacji uwaga znajomego teologa w rozmowie z kierownikiem reklamy Robertem Mungerem, nawróconym katolikiem, okazała się niezwykle prorocza!
Na planie zdarzyło się bowiem wiele wypadków, w których można dopatrzyć się ingerencji sił nadprzyrodzonych, a które można wytłumaczyć dwojako.
Jeśli przyjąć za motto twierdzenie, że największym kłamstwem Szatana jest to, że... nie istnieje, film potwierdzający jego obecność byłby mu nie w smak i to, co zdarzyło się na planie filmu, można zinterpretować jako ostrzegawcze klapsy! Z drugiej strony tragiczne przypadki, o jakich będzie poniżej mowa, właściwie nie pozbawiły życia żadnego z członków ekipy, a tym samym nie opóźniły prac nad nim. Przy pewnej dozie wyobraźni możemy zaryzykować wizję Szatana, który zdaje się mówić “róbcie swoje, ale uważajcie, bo ja patrzę”. Interpretację opisanych poniżej wydarzeń pozostawiamy czytelnikowi.
Tak czy inaczej, sytuacje, o których mowa, są co najmniej dziwne! Do takich można zaliczyć przypadki uderzenia piorunów w samoloty, którymi kolejno podróżowali Gregory Peck (Robert Thorn), a później David Seltzer, scenarzysta filmu. Pechowe, bo w samoloty uderzył piorun, lub szczęśliwe, bo obyło się bez ofiar. Dwukrotnie też członkowie ekipy mogli stracić życie w zamachach bombowych zorganizowanych w Londynie przez IRA. Peck, jadający obiady w pewnej restauracji, akurat tego dnia, kiedy wybuchła w niej bomba, postanowił zjeść gdzie indziej niż zwykle. Inni członkowie ekipy byli w drodze do restauracji, która zaledwie paręnaście minut wcześniej wyleciała w powietrze.
Inna zastanawiająca sytuacja dotyczyła realizacji w Windsor Safari Park. Kręcono właśnie scenę ataku lwów (nie weszła do filmu), gdy jeden z pracowników zoo zostawił przez przypadek (?) otwarte drzwi. Lwy zagryzły go i pożarły, zanim ktokolwiek przyszedł mu z pomocą. John Richardson – spec od efektów specjalnych, który wymyślił scenę z odciętą głową dziennikarza – wracając z planu kręconego w Belgii filmu “O jeden most za daleko”, wraz ze swą śliczną dziewczyną uczestniczył w katastrofie samochodowej. John zderzył się czołowo z innym wozem i jego dziewczynie ucięło głowę. Gdy on sam odzyskał przytomność, zobaczył napis na drogowskazie: Licge 66,6 km!
Chyba najtragiczniejszy przypadek miał miejsce, gdy ekipa chciała wyczarterować samolot. Umówionego dnia władze lotnicze zaproponowały, że w zamian za zwolnienie miejsca w samolocie następnego dnia dostaną go w promocyjnej cenie. Richard Donner, który miał napięty budżet, zgodził się z radością. Tymczasem samolot, którym mieli lecieć, podczas wzbijania się w powietrze zderzył się ze stadem gęsi, spadł na pas startowy i przetoczył na ulicę, którą jechała samochodem... żona pilota z ich córeczką. Wszyscy zginęli na miejscu.
Podobnie jak popularności grobowca Tutenchamona posłużyła atmosfera klątwy rozpętana przez media, tak filmowi “przydały się” wszystkie te zastanawiające zbiegi okoliczności, które skwapliwie wykorzystano do promocji filmu. Klątwa “Omenu” faktycznie zadziałała i film o dziecku Szatana zrobiony za niecałe 3 miliony dolarów zarobił ich ponad 60!
Sukces filmu jeszcze raz potwierdził teorię, że nic tak nie ożywia wiary jak lekka doza bluźnierstwa. Tylko Liga Katolicka uznała film za bluźnierczy, bo głoszący narodziny Szatana. Mniej radykalnym katolikom oraz oficjalnym głowom Kościoła bardzo się podobał, a co ciekawe – odnotowano nawet kilka nawróceń. Co więcej w intencji Gregory Pecka i Lee Remick odmówiono nawet parę zdrowasiek.
Modlitwa przydałaby się na pewno Lee Remick, która o mało co nie przypłaciła realizacji “Omenu” rozstrojem nerwowym. Chodziło o pozornie łatwą scenę w Windsor Safari Park, w której samochód z nią i z dzieckiem w środku miało zaatakować stado pawianów. Od początku wszystko szło nie tak, jak zaplanowano. Małpy odmówiły współpracy, mimo tego że aby je zmotywować do ataku, do samochodu przywiązano banany. W końcu weterynarz poradził, by umieścić w samochodzie przewodnika stada, któremu miano przy okazji zszyć w ambulatorium ranę. Kiedy zwierzę zabrano do samochodu, pawiany dosłownie oszalały. Zaczęły z dziką furią atakować samochód, którego silnik zgasł, bo nienawykła do ręcznej skrzyni biegów Lee Remick nie umiała płynnie zmieniać biegów. W samochodzie rozpętało się piekło, bo do wściekle atakujących z zewnątrz małp dołączył przewodnik stada, który wybudził się z narkozy i z tylnego siedzenia auta zaczął ciągnąć za włosy aktorkę. Na domiar złego mały Harvey Stephens grający Damiena wpadł w panikę i uwieszony szyi filmowej mamy skutecznie uniemożliwiał jej manipulację przy stacyjce. Remick, sama będąc na skraju histerii, wrzeszcząc obłędnie ze strachu, jakimś cudem zdołała uruchomić samochód.
Dla Gregory Pecka “Omen” też nie był łatwym filmem. Po pierwsze dlatego że od sześciu lat nie stał przed kamerą. Po drugie – że wciąż nosząc żałobę po najstarszym synu, który rok wcześniej popełnił samobójstwo, miał zagrać w filmie, w którym według scenariusza zabija dziecko. Ten motyw finałowej sceny sprawił, że jej nakręcenie kosztowało go wiele napięcia, bał się też, że udział w czymś takim odbije się niekorzystnie na jego wizerunku. W rezultacie zrobiono ją tak, że aktor tylko zamierzył się na dziecko, nie zadając ciosu.
Wydaje się, że tylko mały Stephens, grający ostatniego członka filmowej rodziny Thornów, nie potrzebował wsparcia i nie miał żadnych zahamowań, jeśli chodzi o udział w “Omenie”. Blondwłosy i niebieskooki chłopczyk odbiegał wyglądem od Damiena, jakiego wymarzył sobie Donner. Za to jego charakter miał iście diabelskie cechy. Wyłoniono go w castingu, na którym najlepiej... zaatakował reżysera. Ten wprawdzie zażądał tego od małego, ale nie spodziewał się, że chłopczyk potraktuje to bardzo serio. Najpierw kopnął reżysera w... przyrodzenie, po czym zaczął go gryźć, kopać i okładać pięściami, nie bacząc na to, że ten woła “stop”! Kiedy Donner, nie bez wydatnej pomocy rodziców dziecka, uwolnił się w końcu od niego, był już pewien, że ma swego Damiena. Uroczo wyglądającemu blondynkowi trzeba było tylko zafarbować włosy czarną pastą do butów i zmienić kolor oczu na brązowy. Reżyser skwitował spotkanie z małym Stephensem tak: – Miły, ale nie chciałbym go za syna.
Zdawać by się mogło, że Szatan do dziś dnia nie zapomina o swej latorośli. Były aktor, dziś już człowiek około trzydziestki, który nie ma obecnie nic wspólnego z kinem (jest inwestorem budowlanym), ciągle natyka się w swym życiu na diabelską liczbę 666, czy to przy okazji płacenia rachunków w restauracji, czy przy kwotach za naprawy samochodowe. Nawet planowane narodziny jego córki miały wypaść szóstego czerwca, dokładnie wtedy, kiedy urodził się filmowy Damien. Stephens modlił się w duchu, by dziecko choć nie przyszło na świat o szóstej rano! Na szczęście dziewczynka opóźniła swe przybycie na świat o trzy tygodnie. Kolejną niezbyt miłą niespodziankę przeżył były aktor, gdy pewnego dnia otworzył drzwi nieznanemu mężczyźnie, dzierżącemu w ręku komplet sześciu noży, którymi filmowy Damien miał być zgładzony, proszącemu, by ten... złożył swój autograf na opakowaniu.
Beata Cielecka