Chris Weitz – wywiad (SAGA "ZMIERZCH": KSIĘŻYC W NOWIU)
{youtube}RDMKRxIx8mk{/youtube}
(powyżej wersja oryginalna wywiadu, poniżej nasze tłumaczenie)
Czy dzwoniłeś do brata, by wymienić się uwagami na temat kręcenia filmów o wampirach?
- Chris Weitz: To zabawne, że obydwaj z bratem zajęliśmy się realizacją filmów o wampirach. Nigdy tego nie ustalaliśmy ani nie planowaliśmy. Tydzień wcześniej dostałem możliwość zrealizowania "Księżyca w nowiu". Narzekałem trochę na fakt powstawania dużej liczby filmów o takiej tematyce. Zastanawiałem się, co w nich jest takiego, że się podobają.
Muszę się wtrącić i powiedzieć, że nie ma czegoś takiego jak zbyt duża ilość filmów o wampirach. Osobiście jestem zainteresowany wszystkim, nie ważne, czy jest to film, czy książka...
- C.W.: … odjazdowy sitcom...
Dokładnie.
Dysponowałeś małym budżetem. Jak dokonałeś tego, że wyglądał na większy? Czy w ogóle wyglądał na duży?
- C.W.: Tak, spowodowaliśmy, że wyglądał na duży. Ekranizacja tej powieści wymaga czegoś takiego. Dużo kręciliśmy na zewnątrz, używaliśmy techniki CGI [animacja komputerowa – przyp. red.]. Wykorzystałem wszystko, czego się wcześniej nauczyłem. Musieliśmy całość zrobić sprawnie i wydajnie, jednocześnie mając na uwadze, że robimy potencjalny kasowy hit. Zebraliśmy się wszyscy jeszcze raz dla potrzeb wdrożenia techniki CGI, tym sposobem zrobiliśmy wszystko w miarę tanio i całkiem dobrze.
Oglądając scenę festiwalową, byłem pozytywnie zaskoczony rozmachem, z jakim została zrealizowana. W pewnym momencie zacząłem się zastanawiać, co jest prawdziwe, a co nie.
- C.W.: Ta scena jest bardzo dobrym przykładem na to, co kręciliśmy zupełnie bez użycia jakichkolwiek technik komputerowych. Potrzebowaliśmy dużej ilości aktorów. Jaki jest najlepszy sposób na pozyskanie dużej liczby aktorów bez konieczności płacenia im? Trzeba zebrać fanów "Zmierzchu" i powiedzieć im, że mogą brać udział w scenie festiwalowej. Oczywiście nie może być tak, że zostaną sami 14-latkowie w luźnych bluzach, trzeba więc było zatrudnić również prawdziwych włoskich aktorów.
- Kręciliśmy film w różnych miejscach, we Włoszech, co było bardzo niezwykłe.
Zastanawiałem się, czy powiedziałeś im wszystkim, że mogą pozostać ubrani.
- C.W.: [śmiech] Być może tak powiedziałem.
Materiał źródłowy filmu ma wielu zagorzałych zwolenników. Jak pogodziłeś swoje wizje filmu z tym, aby za wiele nie zmieniać z tego właśnie materiału?
- C.W.: Myślę, że każdy reżyser ma setki pomysłów dziennie, nawet odnośnie koloru rekwizytów. Wszystkie te decyzje razem wzięte pokazują wyczucie i styl, jakim dany reżyser dysponuje. Nawet taka książka jak "Zmierzch" nie opisuje dokładnie, co jak robić, jeśli chodzi o detale. Wszystko, w moim odczuciu, jest w porządku tak długo, jak długo zgadzam się z ogólną tematyczną wizją, jaką miała Stephenie Meyer [autorka książki – przyp. red.]. Czułem, że mogę improwizować, jeśli chodzi o kwestie wizualne.
Czy ktoś cię ostrzegł przed paparazzi i przed fanami, przed zdarzeniami, które mogą mieć miejsce z powodu ich udziału w realizacji filmu?
- C.W.: Nikt mnie nie ostrzegł. Być może takie ostrzeżenie mogłoby spowodować odstraszenie mnie od tego pomysłu.
- Kręcenie scen z udziałem publiczności trudno jest kontrolować. Kręciliśmy we Włoszech, gdy już o tym postanowiliśmy, wszystko ruszyło pełną parą. Dziesięć tysięcy osób brało w tym udział, nie wszystko było możliwe do upilnowania w takiej sytuacji. Z drugiej strony fani filmu są osobami, którym bardzo zależy na dobrym finalnym produkcie. Potrafią zachować ciszę podczas kręcenia, reagując emocjonalnie dopiero po wyłączeniu kamer.
Uwielbiam ten film, dziękuję.
- C.W.: Dziękuję.
oprac. tom